
Potem nie miał go kto eksploatować, przejęty został przez Miejski Ośrodek Sportowy w Giżycku, a potem przekazany został do LOK- u, gdzie miał być motorówką szkoleniowo-inspekcyjną, ale właściwie już nie pływał. Aż wreszcie wpadł w oko Józefowi Sokołowskiemu i Bogusławowi Zaleśkiewiczowi. Po długich perypetiach udało im się odkupić od LOK- u wrak. Całą jesień, zimę i wiosnę trwał remont. Statek stał na wodzie, armatorzy „in personam“ zamieszkiwali w pomieszczeniu dziobowym ogrzewanym żelazną „kozą“ z rurą wyprowadzoną przez okno. Remont, mimo iż realizowany przez dwie - własne - pary rąk pochłaniał coraz większe fundusze.
Na burcie wypisano nazwę „SOKÓŁ“ , od nazwiska jednego z armatorów. Na próbach okazało się, że trzycylindrowy, 45 - konny, wysokoprężny silnik SKODA pozwala na osiągnięcie około 16 km/h. Jacht został zarejestrowany w Giżycku jako statek turystyczno - sportowy. Nośność określono na 2,9 t, długość całkowita wynosi 15,12 m, szerokość 3.21 m, zanurzenie 0,70 m. Zanim do tego doszło armatorzy przeżyli jeszcze kilka rozczarowań. Obraziło się na nich kilku znajomych, skradziono im z jachtu gotowe już mahoniowe ławki, rodziny po części odżegnały się od sprawy. Ale problem najpoważniejszy wyniknął z chwilą podjęcia decyzji o rozpoczęciu rejsów pasażerskich.
Jacht powstał na kadłubie zdezelowanej, nabytej za 1500 zł. Szalupy w „Stoczni Warszawskiej“ w 1972 roku i jest to jego pierwszy sezon eksploatacyjny. W przyszłym roku „Smok“ ma pojawić się na Bałtyku.
Panie Bohdanie dziekujemy i czekamy na wiecej....
Oczywiscie statek stawał potem normalnie burtą do kei. Stawka zaś była ta sama. D.D
Kpt. J. Parafinowiczowi przy rejsach poniewarz nalezalem do klubu zeglarskiego w LOK-u Olecko. Bardzo sympatyczny czlowiek i duzo nauczylem sie od niego. Jestem teraz rok od ukonczenia szkoly marynarskiej cywilnej w Nowym Jorku. Bende podchodzil po licencje kapitana na okrety do 100 ton Coast Guard Certified.
SOKOL byl naprawde swietny okret i zal mi bylo jak zostal usuniety z jeziora Oleckiego z przyczyn mi nieznanych. Dal mi wspaniale wspomnienia z mojego ostatniego lata w Kraju
i bez watpienia pokierowal na droge zawodu kturego wybralem w marynarstwie. Dziekuje wszystkim za umieszczenie tego artykulu i komentarze bo ten statek stal sie wielko czescio mego voyage-u : ]
Trochę uzupełnię powyższe stare dzieje.
Sokoła odkupiłem do Ziutka Sokołowskiego i Bogusia Zaleśkiewicza we wrześniu 1987 r. Całą zimę statek był przebudowywany w stoczni w Giżycku. Wymienione zostało prawie całe poszycie denne, dospawana kabina rufowa, wykonany remont silnika, przekładni, linii wału oraz uszyta została rękoma Agnieszki całkowicie nowa tapicerka. Zmieniliśmy tez całkowicie wystrój wnętrza statku. Następne kilka lat wraz z Agnieszką razem pływaliśmy "Sokołem" i najpierw ciągaliśmy jachty przez kanały (lata 1988 i 89) a następnie do 1994 r woziliśmy turystów - głównie niemieckich - po jeziorach. W 1994 roku sprzedaliśmy statek Jurkowi Parafinowiczowi. Ciekawy był to okres naszego życia - przez 7 miesięcy w roku mieszkaliśmy z Agnieszką na statku i miło to oboje wspominamy.
Włodzimierz Ring
Wiosną owego 1983 roku byłem z Bohdanem Hurasem w Wiśle, gdzie w szybie ORBISU zobaczyliśmy ogłoszenie, że motorowym jachtem "Sokół" można zrobić wycieczkę po Mazurach. Bierzemy? Bierzemy! Przedpłata została uiszczona od ręki.
W kilka tygodni później, przeładowanym do granic możliwości służbowym Renaultem Bohdana dotarliśmy do Giżycka. Przywitali nas obydwaj kapitanowie, Zaleśkiewicz i Sokołowski. Ja z żoną i z małym Jarkiem zajeliśmy kabinę dziobową, Bohdan z żoną i synkiem Mikołajem rufową. No i tak całe dwa tygodnie delektowaliśmy się mazurskimi jeziorami, pływając po nich wszeż i wzdłuż. Dla mnie było to niezapomniane przeżycie. Nigdy przed tym ani po tym na Mazurach nie byłem...
Jakoś niewiele zdjęć z tej ekskursyji się zachowało, ale parę. Na tym poniżej "Sokół" kołysze się na Śniardwach. Moja skromna brodata osoba na pierwszym planie. Pozostałych dwóch brodaczy to kapitanowie Zaleśkiewicz i Sokołowski. Z lewej nasze małżonki (tzn. moja i Bohdana) z pociechami. Zdjęcie słabe, nieostre. Ale zważywszy że Bohdan zrobił je z wody (nie z łódki!) i przy tym o mało się nie utopił, to i tak dobre (kliknąć):
Było grilowanie, pyszna sielawa, szanty w Mikołajkach. O szczegółach nie wypada wspominać...
Trochę kultury też trzeba było łyknąć. No więc Kapitanowie pokazywali nam piękne poniemieckie dwory (niestety, częściowo zdewastowane), tudzież stare cmentarze. Jeżeli pamięć mnie nie myli to jesteśmy w drodze na jeden z nich. Ale pytajcie mnie gdzie to jest. W każdym bądź razie krajobraz jak po przejściu tsunami:
W powrotnej drodze na Śląsk Bohdan zaplanował odwiedzić swojego wujka w Gdyni. No więc zahaczyliśmy o Gdynię. Wujek (matki brat), kapitan Kazimierz Jurkiewicz był długoletnim komendantem "Daru Pomorza", nawet po wycofaniu żaglowca i przekształceniu na statek muzeum. Na tym pamiątkowym zdjęciu siedzę na rufie "Daru" z prawej, obok kapitan Jurkiewicz. Dalej nasze małżonki i pociechy. Bohdan pracował wtedy jako fotograf. Ten brzdąc z lewej to Mikołaj (37), dzisiaj jeden z dyrektorów wielkiego banku w Zurychu. Jarek (40) programuje wielkie centra obróbcze w MTU i jest hobby- fotografem. KOMENDANT zmarł w dwa lata po tym zdjęciu...